piątek, 25 października 2013

Rozdział 4 - spotknie


Minęły 2 tygodnie od pobytu na torze. Od czasu do czasu pojawiam się tam z Jackiem, ale tylko 3 raz wygrałam. Nasze więzi są coraz mocniejsze, a Grace... szaleje za Jerrym. 
Zwlekłam sie z łóżka i ubrałam w czerwone spodnie, szarą bluzkę Conversa i czarna kurtkę. Do tego szara czapka, kilka bransoletek i czarne trampki. Wyszłam z domu jak zwykle spotykając tam Jacka opartego o płot i ziewającego. 
- hejak Jack.
- hej Kim... 
- brzmisz jakbyś umierał.
- bo cała noc grałem w nową zabijanke.
- tak słyszałam, darles sie jakby cie ze skory obdzierali.
- bo tak wlasnie było. 
Zrezygnowaliśmy z desek i podwiezlismy sie autobusem. Lekcje minęły całkiem szybko, tak jak trening w dojo Wasabiego, podczas którego Rudy odciągał Jerrego od pizzy... za nogę, Milton krzyczał twierdzenie Pitagorasa i rozwalał puchary, Edi rozmawiał z portfelem a Jack walczył z niedomykajaca sie szafka. W końcu walnął tak mocno, ze odpadła i juz nie było problemu. A pozniej niesamowicie i dziwnie szczęśliwy brozowo oki wbiegł we mnie i nawet sie nie zorientowałam kiedy pedzilam do domu na jego baranach.
- Jack!! Coś ty taki szczęśliwy?
- mam wrażenie ze stanie sie coś fajnego.
- a ja mam wrażenie ze stanie sie soc stresujacego... - od poczatku dnia coś mi mówiło ze coś sie stanie. Niezbyt przyjemnego. Jack podwiozl mnie pod same drzwi. Otworzyła je i zobaczyłam... ciotke. Zaciskając oczy odwróciłam sie. 
- ratuj - zdążyłam wyszeptała do Jacka i zostałam wciagnieta do domu.
- Kimberly! Przyjechałam i dowiedziałam sie, ze twojej matki nie ma, ty spóźniłas sie na pierwszy dzien, ponad to opuściłas dojo Czarnych Smok, zaprzyjaźniliś sie z jakimś chorym skejtem i co najważniejsze ZROBIŁAŚ WAGARY Benkowi! - moja ciotka aż zrobiła sie czerwona.
- po pierwsze to nie Kimberly tylko Kim. Po drugie nie mam nic do wyjazdów rodziców. Po trzecie tak spóźniłam sie i jeszcze siedzialam w kozie. Po czwarte opuściłam dojo bo to banda oszustów i żałosnych wyrosnietych bobo. Po piąte jeśli jeszcze raz nazwiesz Jacka chorym skejtem nie ręczę za siebie, a wogole to raczej jeździ na motorze. A i jeszcze jedno - Ben to dziecko ma prawo mieć wagary!! - obrucilam sie na piecie i złapałam Bena za kaptur. Wyciągnęłam go do pokoju.
- słuchaj, młodszy bracie. Kto powiedział ciotce ze zrobiłam ci wagary? Kto powiedział ze poznałam skejta? Kto? Pomyślałam ze możesz wiedzieć...
- pseplasam siostra...
- co ja ci mówiłam na temat udawanego seplenienia? - pozostawałam nieugięta na słodkie oczka.
- ze to żałosne i próbuje w ten sposób zwrócić na siebie uwagę. 
- dokładnie. Wybaczę ci ale mas tego wiecej nie robic, bo ja cie wyspie. A tak wogole to skąd wiesz, ze poznałam Jacka? 
- jego młodsza siostra chodzi ze mną do klasy i mowi, ze Jack cały czas gra na gitarze i śpiewa o pewnej blondynce do której pała uczuciem takim jak mi...
- miarowo rosnący szacunek i przyjaźń. - odezwał sie głos z otwartych drzwi mojego balkonu.
- Jack?! - ze zdziwienia spadlam z łóżka. 
- we własnej osobie. 
- dobra młody, spadaj - zwróciłam sie do brata. Ben od razu wybiegł z sali przesłuchań. 
- co sie stało, ze torturowałas brata?
- 60 lat, siostra babci, moher.
- wow. Współczuje. 
- i co? Zdążyło sie coś fajnego zgodnie z twoimi przewidywaniami? 
- tak. Mama powiedział mi, ze...
- Kimberly!! Jutro przyjdzie do nas cała rodzina Adamsow, ponieważ Melania Adams uwielbia grac ze mną w remika i rozmawiać! Tak bardzo sie cieszę!! Z kim rozmawiasz?! Tylko mi nie mów, ze z tym chorym skejtem, Jackiem!!! Proszę tu natychmiast zejść!!!! 
- mówiłam ci juz coś, prawda?! Jeszcze raz tak o nim powiesz, a twoja walizka razem z tobą wyląduje przed domem, jasne? Wiesz ze jestem do tego zdolna! A co do drugiego to... - zamknęla drzwi na klucz - tyle w tym temacie. A i jeszcze jedno chory skejt to moj przyjaciel i nazywa sie Adams, Jack Adams, wiec może zaszczyci mnie jutro swoją obecnością, co Jack?!?
- JASNE!! - krzyknął. Przybyliśmy sobie piątki. Nagle na mojej twarzy wyładowała poduszka. 
- a i o tym wlasnie chciałem ci powie... - nie zdążył dokończyć bo wylądował na nim puchowych pocisk. - o!! Nie ma tak!! 
Zaczęła sie wojna na poduszki. Nagle usłyszałam chrzęst klucz w zamku. 
- cholerne zapasowe klucze!! - w drzwiach pokazala sie moja ciotka a zaraz potem na jej wymake-upowanej twarzy pojawiły sie dwa jaski. 
- trafiony zatopiony! Piateczka Jackus! - przybyliśmy piątki i zaczęliśmy sie histerycznie śmiać. Podeszłam do kobiety i wyrwalam jej klucz z ręki. 
- no to teraz mam 2. I z tego co wiem to wszystkie. - ciotka cała czerwona na twarzy wyszła wyprostowaną jak grabie i trzasnęła drzwiami. 
- zachowujesz sie jak rozwydzona nastolatka. - zasmial sie Jack.
- to tak jak ty. A poza tym to chyba dlatego mnie lubisz. A i JESTEM rozwydrzoną nastolatką!! 
Śmialiśmy sie aż do 1 w nocy i oglądaliśmy "Straszny film 5". Około 1:30 Jack poszedł do domu. A ja padłam na twarz. Obudziłam sie około 13. Przetarlam zaspane oczy. Gdy je otworzyłam, zobaczyłam Bena.
- aaaaaa! Ile razy mam ci mowić ze masz zakaz wstępu do tego pokoju, młodszy bracie?!? 
- oj duzo duzo. Za 2 godziny będzie tu Jack. No i reszta.
- o żesz ty! Racja. Dzieki, Benek.
- jeszcze raz tak do mnie powiesz, a Jack dowie sie, ze mamrotalas przez sen jego imie i gwarantuje miesięczne nazywanie cie Kimberly. 
- jesteś straszny, Ben. Wiesz jak bardzo cie kocham?
- ciepłe naleśniki na dole.
- masz 8 lat i robisz naleśniki dla śpiącej siostry? Jesteś najlepszym bratem na świecie. Dzieki. Ale mógłbyś juz pójść? 
- okej - słynący ze swojej energi, a wręcz ADHD, Ben Craford wybiegł prawie spotykając sie twarzą z drzwiami, podłoga i moją komoda. Zwleklam sie z łóżka i na czworaka podeszłam do szafy. A po drodze prawie walnelam sie na czerwony dywan i zasnęłam. Wyjęłam czarne shorty i kolorowa bluzkę z czacha i zeszłam na dół. Oczywiście nie obyło sie bez zrypania sie ze schodów i potknięciu na odkurzaczu. Nadal spokojna i niczym nie przejęta usiadłam do stołu. Moje jak zwykle kolorwe (każdy na inny kolor) paznokcie, w ostatniej chwili wbiły sie w stół. Wzięłam naleśniki i pochlanelam. Gdy wyszłam z toalety była juz 14. Zeszłam na dół zeby pozmywac. Zastałam ciotke, ktora latała jak osa i odkurzala, robiła obiad i wycierala kurze prawie jednocześnie. 
- Amanda, przystopuj. - szybko pozwywalam i wyszłam z psem (czarny rotwailer). Gdy wróciłam było za 20. Cioteczka naskoczyla na mnie, ze jeszcze sie nie ubrałam.
- doskonale wiem, ze oni słyną z punktualności, ale to nie znaczy, ze ja tak. - odpowiedziałam wlekąc sie spowrotem na górę. Przebrałam się w krótką czarna spódniczkę, biały top z flagą amerykańską, czarne Nike i kilka bransoletek oraz czarna czapkę. Na szyi przewiesilam sobie słuchawki (ten wisiorek to potem). Zeszłam na dół.
- Kimberly!! Masz sie natychmiast przebrać! Już!! Co to wogole ma być?
- ubranie.
- według mnie, siostra wyglada stylowo. 
- dzieki, brat. 
- przebież sie!!! 
Spowrotem zaatakowalam szafę i wyciągnęłam czarną poszarpaną sukienkę z gorsetem zamiast bluzki, czerwona chustke w czachy, czarny kapelusz, zegarek, pare ozdób, pomalowalam paznokcie i zeszłam na dół. Ciotka tylko zacisnela pięści.
- mojego stylu nie zmienisz. - skwitowałam i otworzyłam gościa drzwi. Rodzina Adamsow składała sie z wysokiej kobiety - Melani, dostojnego mężczyzny - Marcusa, adoptowanej dziewczyny - Caroline, Jacka i słodkiej 8-latki - Kate. Wzięłam ją na ręce i przytulilam Jacka. 
- wygladasz... Pięknie. - wydukal.
- dzieki. Chodź. - złapałam go z rękę i wyciągnęłam do pokoju. Ben zabrał koleżankę, a ja rozlozylam sie na czerwonym dywanie. Jack włączył ps'a i zaczęliśmy grać. Jaka byłam zdziwiona gdy wygrałam.
- dałeś mi fory!
- nie prawda.
- kłamiesz.
- oj tam oj tam. - zaczęłam okładać go konsolą. 
- ej! To boli! Ał ał ała! Kim!! Ałć ałć... - złapał mnie za nadgarstki i posadził sobie na kolanach. Spojrzałam na zegarek. 17:05. "Dzisiaj 19.09 a o moich urodzinach pamiętał tylko brat" pomyślałam smutno. 
- coś sie stało?
- nie nic. 
- kłamiesz.
- oj tam oj tam. - Jack torturował mnie łaskotkami, gdy nagle weszła jego siostra. Pierwsze co zobaczyłam to złota suknia. 
- po pierwsze sie puka, Caroline. A po drugie to co chcesz?
- matka pyta czy zechcecie zjeść z nami obiad? - głos Caroline był wysoki i melodyjny. Wygladała jak plastikowa księżniczka. Miała tapetę na twarzy i zawsze ubierała sie w cekiny. Wygladała i zachowywała sie jakby nie zrezygnowała z marzenia typu "chce mieszkać w zamku i mieć rycerza na białym koniu". I była przesadnie kulturalna. Czyli przeciwieństwo Jacka i Kate. Spojrzałam na chłopaka. Przetarte jeansy, fioletowy t-shirt i koszula w biało-fioletową krate. Cały Jack.
- nie dzieki, zjemy sami.
- widzę, ze żadna siła nie potrafi wbić cie w garnitur, co? - zapytałam z uśmiechem gdy 16-latka wyszła. 
- nie ma szans.
- i bardzo dobrze. 
Po chwili zrobiła sie 22. 
- moi rodzice zabalują jeszcze długo. - Jack zatrzymał film. Złapał mnie za rękę i skoczył z balkonu. 
- Jack! Jestem na boso - na tą uwagę wziął mnie na ręce i wniósł do swojego domu, po schodach do swojego pokoju. Nagle zapaliło sie światło. 
- wszystkiego najlepszego!! - cała paczka (Milton, Julia, Grace, Edi, Jerry) siedziała na podłodze z prezentami. 
- dziękuje! - wtulilam sie mocniej w brązowowłosego. Staliśmy tak przez chwile. Nasi przyjaciele zajęli sie sobą i popcornem. Poczułam ciepłe usta Jacka na swoich. Serce przyspieszyło mi. Zrobiłam sie cała czerwona a w brzuchu miałam pełno motylkow. Nie zastanawiając sie oddałam pocałunek. Oderwalismy sie od siebie.
- nie było tego.
- nie, nie było. - potwierdziłam. - możesz mnie juz puścić.
- a, przepraszam. - odłożył mnie na podłogę. Ze spotkania Adamsow zrobiła przenieślismy sie na niezła imprezę. Do 2 w nocy tańczyliśmy. Był nawet alkohol. Jerry wypił go trochę zaduzo... Widziałam jak namiętnie całował sie z Grace, ktora była całkowicie trzeźwa, a najwidoczniej bardzo jej sie to spodobało. Od Adamsa dostałam złota bransoletkę i wisiorek z czacha ze skrzydłami. Padnieta zasnęłam na lozku koło Jacka. Reszta na podłodze i kanapie.

XXXXXX
sorry że długo nie pisałam ale mam trochę mało czasu. a;e rozdział przynajmniej dłuższy. :D mam nadzieje że isę nie obrazicie i że wam sie podoba. NARKA kochani!! :P

sobota, 19 października 2013

Rozdział 3 - motory


Jack ogarnął się i podszedł do Kim, która akurat wyszła z gabinetu.
- no to jestem wojowniczka Wasabi.
- to jeden więcej powód do pójścia na Falafele i coś więcej. 
- irytuje mnie to coś więcej  Mogłabym wiedzieć co to? - w głowie Kim się aż gotowało. Musiała to wiedzieć. Wrodzona ciekawość. A u Jacka była wielka czarna dziura. To coś miało związek z niezbyt bezpieczna jazdą na motorach. Miał wrażenie, ze dziewczyna nakrzyczała by na niego i każe mu przestać pod groźba zerwania kontaktów, a tego raczej wolał uniknąć. Nie może jej teraz powiedzieć, bo przepadnie wszystko - falafele, motory i przyjaźń, a jeśli powie jej już na torze, to przepadnie tylko przyjaźń. 
- nie możesz wiedzieć. Dowiesz się w swoim czasie. To niespodzianka... chociaż nie wiem czy fajna czy raczej niezbyt - powiedział w końcu.
- o Jack. Przedstawisz mi koleżankę? - zapytał kelner. 
- zaraz zaraz. Ten chłopak przeprowadził się 2 tygodnie temu i znasz jego imię a ja przychodzę do ciebie od roku i nawet mnie nie pamiętasz?!
- yyy... Tak Fil, to jest Kim. Poprosimy dwa razy z babaganusz. 
- dwa razy z babaganusz, Tutsi!
- kim jest Tutsi? - zapytał Jack.
- to jego koza. Robi jedzenie.
- koza robi jedzenie?!
- tak. 
Zjedliśmy cały czas się śmiejąc i rozmawiając. Wreszcie wyszliśmy. Chłopak zaprowadził mnie do swojego motory.
- boisz się maszyn na dwóch kółkach? - zapytał sadzając mnie na siedzeniu.
- jak Miltona - zakpiłam. 
- to dobrze. - Wsiadł przede mnie a ja odruchowo zacisnęłam ręce na jego pasie. 
- jedziemy na 'coś' - uśmiechnął się i ruszył z piskiem opon. Niedługo później byliśmy na opuszczonym poligonie. Było tam trochę mrocznych gości i skąpo ubranych lasek. Wśród nich zauważyłam Lindsay - największy plastik z naszej szkoły i Jerrego.
- elo, Jack, hejka Kim. - zagadnął.
- siemka, stary.
- siemasz, latynos. 
- słuchaj, Kim... Jestem facetem... - zaczął Jack.
- wow jak na to wpadłeś.
- no i jak wiesz mam swoje zainteresowania...
- no i?
- jak ci powiem, że startuje w zawodach na motorze i ryzykuje życie to co powiesz?
- że masz natychmiast z tym skończyć albo zrywam znajomość. To niebezpieczne i możesz stracić życie! Myśl o innych nadęty egoisto!!... Za pewne byłeś pewny że to usłyszysz, dlatego nie powiedziałeś mi o tym wcześniej. 
- ja... Kim... - ale ona zniknęła w tłumie.
- e! Stary! Po prostu pokaz jej co umiesz.
- okej. - Jack zdjął kurtkę i wsiadł na motor. Na lini mety czekały już 3 motory - Toma, Dana i Jerrego.
- na miejsca, gotowi, STA...
- chwila! Chwila! Jeszcze ja! - obok Jacka pojawiła się... Kim, na motorze Rendiego. 
- dzięki Rendy!
- spoko laska!
- no to jeszcze raz! Na miejsca! Gotowi! START!! 
Jechali łeb w łeb, ale Jack jak zwykle wszystkich wyprzedził biorąc niebezpieczny zakręt. Zaraz za nim a nawet koło niego jechał zielony motor. Osoba na nim miała blond loki i kask, dlatego Jack pochłonięty wyścigiem nie zorientował się kto go własnie wyprzedził. Ostatnie 50 metrów i dojechałam jako pierwsza. Niepokonany Jack Adams własnie przegrał... z dziewczyna. Jack wściekły jak osa podszedł do mnie i zerwał mi kask. Blond włosy rozlały się po plecach. Jakież wielkie było jego zdziwienie. 
- zapewne byłeś pewny, ze to usłyszysz, ale musisz wiedzieć ze twoja nowa znajoma pała miłością do 'maszyn na dwóch kolkach', Jackus. Rendy jeszcze raz dzięki  - powiedziałam i zabrałam kasę za zakłady. Wsiadłam na motor za Jackiem.
- podwieziesz mnie? 
- jasne. Narka Jerry, widzimy się jutro! 
- narka, Jack! Pa, Kim!!
Z piskiem opon Jack wystrzelił z pod toru. Chwile potem wskakiwałam na balkon. 
- tylko dzisiaj nie graj na gitarze, bo chce się wyspać!
- okej! - puścił do mnie oczko i zniknął w domu. Rzuciłam się na łóżko i po prostu zasnęłam.

piątek, 18 października 2013

Rozdział 2 - zmiana dojo


... Jacka leżącego na trawie i plującego krwią. Coś się we  mnie zagotowało. Coś popchnęło mnie i spowodowało ze przekroczyłam granice cierpliwości. Spojrzałam na blondyna który odzyskał już gotowość i podeszłam do niego.
- już nie żyjesz, Kai. - przerzuciłam go przez ramie i przycisnęłam do ziemi. Chłopak pociągnął mnie do siebie. Może i był dobry i miał czarny pas karate 2 stopnia, ale mnie w transie jeszcze nikt nie pokonał. Sprzedałam mu parę silnych ciosów i wylądował na drzewie. Tupnęłam noga i inni odbiegli zabierając swoich kolesi. Spojrzałam na Jacka. Popatrzył mi w oczy i zemdlał  Podniosłam go i zaniosłam pod sklep spożywczy. Stał koło niego mój motor. Wyjęłam pasek ze spodni i przypisał nim chłopaka do siebie. Po kilku minutach byłam w pokoju i opatrywałam go. Miał złamany nos i rękę. Jako ze moja mama pracuje w szpitalu, wiem coś o bandarzowaniu. A nawet zagipsowałam mu rękę. 
- mamo, mamo ja nie chce, jeszcze chwile. - wymruczał a ja ryknęłam śmiechem. Chłopak wstał jak oparzony. 
- co? Co się dzieje?! - to doprowadziło mnie do jeszcze większego śmiechu. Powoli uspokoiłam się. Jack patrzył na mnie jak na wariatkę, z resztą kto by się dziwił. Podniosłam się z podłogi i usiadłam na łóżku koło niego. 
- pamiętasz coś? - zapytałam już uspokojona.
- pamiętam Kaia i ból. A później ktoś mnie uratował. Niezły był. Sprzedał blondynkowi niezły łomot no i później film mi się urwał. 
- no to tym kimś byłam ja. Później cie przywiozłam tu, znaczy się do mojego domu, opatrzyłam i możesz wracać jak chcesz. Ale mieliśmy iść na falafele po kozie... 
- ty?! To ty umiesz się bić? 
- widziałeś. 
- okej... A nie chodzisz do dojo? 
- chodzę. Do Czarnych Smoków.
- aha. Ja miałem się zapisać do dojo Bobiego Wasabiego. 
- to totalne dno i porażka.
- ej! Bez przesady. Poznałem już członków. Spoko goście. 
- a w szczególności Jerry, który zapomina jak się nazywa, jest z Hiszpanii a dostaje z tego przedmiotu same pały i przykleja deski klozetowe do tyłków nauczycieli.
- no przecież mówię ze spoko gość. A z reszta ty grzeczna tez nie jesteś co? 
- nie sądzę. Raczej nie. A nawet na pewno  - mrugnął do mnie. Całkiem on przystojny... przystojny... bardzo przystojny... mega przystojny!!! Nie, Kim, ogarnij się  Wydech i wydech. To będzie tylko twój przyjaciel. 
- a tak swoją droga to jesteś pierwsza dziewczyna która wiedząc ze siedzę na jej łóżku jeszcze się na mnie nie rzuciła. A na falafele i coś jeszcze zapraszam jutro. - powiedział i wyskoczył przez okno. Westchnęłam i poszłam pod prysznic. Przebrałam się w piżamę i poszłam spać. Zasnęłam ot tak jak tylko się położyłam. Zawsze tak mam. Niestety coś, a raczej ktoś przeszkodził mi około 3 nad ranem. Zdenerwowana wyszłam na balkon i popatrzyłam na dom obok. Na trasie jakiś chłopak grał na gitarze i śpiewał. Dopiero teraz gdy zimny wiatr rozbudził mnie, zdałam sobie sprawę jak ładnie to brzmi. Grał Californication. Moja ulubiona piosenka. Założyłam bluzę i przeskoczyłam przez balkon i przez płot żeby znaleźć się koło chłopaka. 
- ładnie grasz, Jack. - chłopak podskoczył jak oparzony.
- Kim?! 
- we własnej osobie. 
- obudziłem cie? 
- można tak powiedzieć  Ale to co grasz jest moja ulubiona piosenka, wiec już ci wybaczyłam i postanowiłam, ze nie wyrwę ci nóżek. 
- dzięki  jeszcze mi się przydadzą. - zaśmialiśmy się. Z doświadczenia wiem ze jeśli coś mnie obudzi pewnie już więcej nie zasnę. Niestety...
- będę ci przeszkadzać? - zapytałam.
- nie skąd. Zawsze lepiej w towarzystwie - puścił do mnie oczko. Przez całe 2 godziny on grał a ja śpiewałam i uczył mnie grać na gitarze. Dawno się tak nie wyśmiałam  Aż łzy mi leciały. Około 6 na ranem usłyszałam że Bella - moja 'służąca' a raczej coś jak babcia, krząta się po domu.
- to ja spadam. - pocałowałam go w policzek i wskoczyłam na balkon. Nie wiem jak to zrobiłam ale widocznie nadmiar emocji pozwolił mi na godzinna drzemkę. 
- Kim! Kim kochana! Wstawaj! Twoi rodzice wyjechali w delegacje na 2 miesiące! I kazali mi przekazać ze dają mi urlop na miesiąc! Opiekun się Benkiem! 
- dobrze Bello! 
- Śniadanie na stole już czeka! Jest 20 po 7!
Szybko wstałam i wzięłam prysznic. Ubrałam się w długie spodnie w czerwoną kratę  biała bluzkę przykrótką z czarnym napisem 23, czarno-biała bejsbolówkę i długie glany zapinane na klamry. Do tego czarna czapkę i rękawiczki bez palców. Wzięłam jeszcze torbę i pognałam do kuchni. Złapałam deskorolkę, gofra i słuchawki i wybiegłam z domu. Po czym wróciłam szybko.
- Ben!! 
- co?
- masz dzisiaj wagary!
- kocham cie siostra!!
- wiem. - była 7:50.
- znowu się spóźnię!
Ponownie wybiegłam z domu i wpadłam na skejta. 
- przepraszam, ja... Jack! 
- o chejka Kim. Ładnie wyglądasz. Jedziemy razem? - zapytał wyciągając do mnie rękę. 
- hej. Dzięki. Pewnie ze tak. - podniosłam się łapiąc za pomocna dłoń i pojechaliśmy. 
- niezła jesteś.
- jeździło się tu i tam - uśmiechnęłam się. - ale widzę ze z tobą nie mogę się równać.
- się wie. - zaśmiałam się tylko i podniosłam deskę. Wyjątkowo nie chciało mi się iść na lekcje, ale jak trzeba to trzeba. Weszłam do budy. Było piec minut po dzwonku. Spokojnie i bez pośpiechu otworzyłam szafkę i wygrzebałam książki od matmy. Weszłam do klasy.
- A co tym razem panno Craford?! Koza!
- dzisiaj niech sobie pani wyobrazi wyjechali moi rodzice, zrobiłam wagary mojemu bratu i jechałam na desce do szkoły z zajebiście przystojnym chłopakiem i wypadła mi praca domowa, chciałam ja zrobić jeszcze raz, ale nie mogłam oderwać wzroku od chłopaka który akurat jechał rowerem, wiec sorka Amber ale nie mam pracy domowej.
- TY BEZCZELNY SMARKU! Naucz się szacunku! Kimberly, 2 godziny kozy! - krzyczała podczas gdy cała klasa zwijała się ze śmiechu. 
- zapraszam do klubu Jerrego, laska! - zagwizdał Jerry. 
- dzięki  Martinez, ale chyba sobie odpuszczę  mam dzisiaj sparing z Frankiem i muszę mu dokopać. - uśmiechnęłam się kpiąco. Nie zdążyłam usiąść, bo ktoś na mnie wpadł. Nikt inny jak oczywiście Jack.
- Jack, czy ty jesteś ślepy? Już drugi raz na mnie wpadłeś w drzwiach. 
- sorki. Ale czy ty nie mogłabyś po prostu usiąść a nie stoisz w tych drzwiach jak głupia.
- jak co? - mój ton z żartobliwego stał się ostry i wyzywający. Wprost nie nienawidzę jak ktoś mówi do mnie głupia. 
- jak g...
- nie, stary!!! Wiem ze ćwiczysz karate, ale ona jest istnym potworem! Przymknij się albo zginiemy! - Jerry piszczał jak mała dziewczynka i schował się pod stół. 
- jak garnek. Znaczy się ładna jesteś, wiesz i w ogóle. To może ja już usiądę - Jack uśmiechnął się do mnie i padł do biurka. 
- Adams koza! 
- niestety proszę pani, mam pierwszy trening w dojo. 
- nic mnie to nie obchodzi.
- to tak jak mnie ta cała koza. 
- Adams... - w tej chwili do klasy wszedł wicedyrektor. I wpadł na Kim która własnie miała usiąść. 
- Kimberly! Dlaczego stoisz w drzwiach jak jakaś głu...
- nich się pan uspokoi, ona własnie siada... Prawda Kimi? - Jack złapał mnie w tali i posadził na krześle obok siebie. - ale serio jak wchodzisz do klasy to siadaj od razu, kołku - powiedział przedrzeźniając mój głos. 
- oj przymknij się, Jack! 
Wicedyrek pogadać z Amber i wyszedł. Lekcja szybko się skończyła. Oczywiście cała przegadałam z Jackiem. Na przerwie na lunch spotkałam moja przyjaciółkę - Grace Carls. 
- Kim!! Kim, złotowłosa  - usłyszałam krzyk nad uchem. Na początku nie poznałam wysokiej brunetki ubranej w luźna biała bluzkę i czarne spodnie 3/4. 
- Grace? 
- no wow. Wreszcie! Mogłabyś mi powiedzieć co robiłaś w nocy?
- jak to co? Spałam.
- ah tak? To czemu teraz przysypiasz na tym czymś co podobno jest jedzeniem? 
- no bo... - nie chciałam jej mówić o tym co wczoraj robiłam. - to bardzo nie twoja sprawa - wydusiłam wreszcie.
- owszem moja.
- już dobra dobra. O 3 w nocy obudziły mnie dźwięki gitary i okazało się ze niejaki Jack Adams mieszka koło mnie. Poszłam do niego, bo chciałam go przekonać ze jest 3 w nocy i ze należy spać, ale on grał Californication. Wiec dołączyłam do niego i śpiewaliśmy i uczył mnie grac. Koniec historii! 
- wiec spędziłaś tak 4 godziny?
- nie tylko 3. 
- okej... A jaki on jest? Słyszałam ze to ten który przeprowadził się zza granicy i chodzi z tobą do klasy.
- no wiec jest przystojny i miły no i wiesz taki 'niegrzeczny'. 
- kto jest przystojny, miły i niegrzeczny?! - spytał znajomy głos. Poczułam ciepły oddech na policzku a brązowe włosy połaskotały mnie po szyi. Pachniał wanilią. 
- mój .. Kolega. Tak własnie  kolega Jack, kolega. - odwróciłam się i zetknęliśmy się nosami. Położyłam mu dłoń na twarzy i odsunęłam. 
- za blisko. 
- wiec to ty? Jack Adams? - Grace wypatrywała się w niego jak w obrazek. 
- Grace? To łajdak. Casanova i podrywacz. Umówił się w dwa dni z połowa dziewczyn z naszej szkoły. 
- z 2/3. To nie było miłe - Jack udał że się obraża. 
- no sorka Jackus. Tylko jakbyś zrobił to z Grace, to był cie uszkodziła. 
- spokojnie Kim. Ja mam już jednego na celowniku. - wyrwało się Grace.
- serio?! Opowiadaj! - ale w tym momencie zadzwonił dzwonek.
- to pa, Kim! - zawołał i pobiegła w swoją stronę. Żałuje ze nie chodzimy do jednej klasy. W tym czasie Jack dalej stał 'obrażony'. 
- spóźnisz się na lekcje, kołku.
-...
- no trudno. Teraz jest wf. Ale co tam, ze będziesz mógł się pokazać dziewczyną w obcisłej białej koszulce która pokaże twoje mięśnie... Trudno ze będziesz mógł zostać kapitanem drużyny koszykówki... - chłopak spojrzał na mnie z ukosa. 
- nie działa.
- jak będziesz tam przede mną to dam ci kolejnego buziaka w policzek i zgodzę się na to 'coś jeszcze' po falafelach. - mówiąc to puściłam się biegiem do sali gimnastycznej. Niedługo oczekiwałam na Jacka który prawie od razu mnie wyprzedził. Przeklęłam w duchu. Gdy dobiegały do sali, Jack był już przebrany i czekał na mnie z rekami założonymi na piersi. Na mój widok uśmiechnął się z satysfakcja. 
- grrr... - pocałowałam go w policzek i weszłam do szatni. W mojej klasie były same plastiki które wypychały sobie staniki. Nie był to przyjemny widok wiec wyszłam szybko. Nauczyciel dał nam dzisiaj wolne wiec wszystkie dziewczyny oprócz mnie i Juli (taka kujonica) ćwiczyły układy cheerleaderek Jula siedziała na ławce i pisała esemesy, a ja grałam w koszykówkę. Wyskoczyłam i złapałam się kosza. Gdy zeskakiwałam ktoś złapał mnie w tali. 
- Jack...
- mówiłaś ze będę mógł zostać kapitanem drużyny koszykarskiej. - uśmiechnął się odstawiając mnie. 
- sorry, kołku, ale nie oddam ci tego miejsca bez walki. - na twarzy chłopaka pojawił się grymas zdziwienia. 
- ty?
- no. 
- okej. Powalczymy sobie na następnym wf-ie, a teraz chodź, zagramy w piłkę z chłopakami.
- dobra. 
Po wf-ie poszłam się przebrać i do dojo. Pokonałam Franka, ale ten złapał kij od szczotki i zaczął mnie okładać. Złamałam go i powaliłam Franka na ziemie.
Ale palce bolały niemiłosiernie. 
- Ty. (czyt: tai - imię mojego trenera) Posłuchaj. Nie chce ćwiczyć z takimi oszustami. Odchodzę. - rzuciłam mu kimono pod stopy i wyszłam. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę co zrobiłam. Chciałam wrócić, ale coś mówiło mi ze zrobiłam dobrze. Postanowiłam pójść po Jacka. Phil Fala Fel był akurat przed dojo Bobiego. Postanowiłam, ze nie rzucę karate. Poszłam do dojo i rozejrzałam się. Jack akurat wyszedł z przebieralni.
- Kim?!?! Co ty tutaj robisz? Tu nie wolno wchodzić Smokom! - krzyknął Jerry. 
- wiem. Przyszłam bo chce się do was zapisać. 
- Rudy jest w gabinecie. - powiedział Jack. Już po chwili byłam członkinią dojo Bobiego Wasabiego.

XXXXX
Sorka za błędy, ale pisałam na telefonie :D

Rozdział 1 - nowy uczeń

Wybieglam z domu wiąrzac trampka (Wygląd). Spojrzałam na zegarek. Była 7:55 a ja mam 15 minut na piechotę do szkoły!
- agrrr! Czy ja nawet pierwszego dnia po wakacjach muszę sie spóźniać?! - jeczalam do siebie. Gdy byłam juz na końcu ulicy zdałam sobie sprawę z czegoś bardzo... dziwnego, niefajnego i beznadziejnego. Otóż zapomniałam plecaka! Palnelam sie w czoło. - brawo, Kim. - pobiegłam do domu po torbę i wzięłam tez deskorolke. Rozpędziłam sie i czas do szkoły skrócił mi sie o 1/3. Gdy byłam juz za rogiem zeszłam z deski i podnioslam ja. Poczułam czyjaś rękę na... tyłku. "Nie ma to jak uroki czarnych dzielnic" - pomyślałam. Odwrocilam sie i przerzuciłam gościa przez ramie.
- uważaj z kim zadzierasz! - warknelam i wbieglam do szkoły. Mimo ze moja mina była jakby wykuta w skale a ton spokojny i opanowany, bałam sie takich rzeczy jak niczego innego. Uspokoilam galopujące serce i pobiegłam do szafki. Wyjęłam książki do matmy i znalazłam klasę.
- przez tego zboczeńca mam 15 minut spóźnienia - jeknęła mi weszłam do klasy.
- Kimberly Craford!! Koza! - wydarła sie wysoka brunetka. Na dźwięk swojej tożsamości zacisnelam pięść.
- mówiłam ze lepiej nie mowić do mnie pełnym imieniem, Amber. - taka juz jestem. Na zewnątrz wysoka, zgrabna blondynka o piwnych oczach, a w środku siedzi ostra, zimna i bezpośrednia no i trochę dziwna dziewczyna ktora uprawia karate, jeździ na desce, motorze i nie pogardzi dobrą bójka. W dodatku klucz do mojego serca zdobyli do tej pory tylko mój pies i kumpel z podstawówki ktory był takim łajdakiem ze klucz złamał sie w zamku. Trzask! Drzwi otworzyły sie i wszedł we mnie wysoki (na oko 190cm), brazowowlosy chłopak. Tak zaspany ze nie zauważył dziewczyny w drzwiach. Odwrocilam sie do niego z błyskiem w oku...
- sory lala, ale nie dzieki mam ćwiczenia po lekcjach. Ale chętnie umownie sie na środę. - powiedział puszczając do mnie oko. Złapałam go za koszulkę i rzucilam nim o ścianę.
- chciałam sie przedstawić spoznialskiemu bo razem posiedzimy w kozie, a nie sie umówić, kołku. Ale jak tam bardzo chcesz to moge zrobic ta litość i pójść z tobą po kozie na falafele. - kluz kluczem, ale wytrych tez dobra rzecz. - jestem Kim. - chłopak wstał otrzepujac pył ze spodni i wieszajac spowrotem zdjęcie.
- chyba mi sie należy po tym godnym podziwu rzucie.
- no może. - usiadłam w ławce i przyjzalam sie mu dokładniej. Po obu stronach nosa miał po 2 pieprzyki. Nie ukrywam to... słodkie. Duże czekoladowe oczy hibernowaly pewnie wszystkie dziewczyny. No oprócz mnie. Chociaż nie powiem, ze pewnie gdyby ten chłopak przygwozdzilby mnie do ściany, to patrząc w te oczy nie mogłabym skłamać co i tak nie wychodzi mi najlepiej.
- CISZA!! Adams! Jack Adams! Jesteś pierwszy dzien w tej szkole a spóźniasz sie juz na pierwsza lekcje i rozwawiasz sobie z najbardziej bezczelna i niereformowalna uczennica w szkole! Gdzie twoje maniery?!
- a przepraszam, AMBER! - to jej imie - ale chyba zapomniałem ich z domu. Jak chcesz to moge po nie pójść i wrócić pozniej. O! Np na następna lekcje, chyba ze mamy ja z panią to wtedy przepraszam ale chyba pójdę okrężną droga. - wszystkie dziewczyny westchnely a chłopaka patrzyli na niego jak na równego sobie. Z zażenowania walnelam głowa o biurko. Juz wiem dlaczego go nie poznałam. Był nowy. To ten nowy ktory przeprowadził sie zza granicy i o ktorym była mowa juz pod koniec tamtego roku. A jak o tym wspominam to jestem w drugiej klasie gimnazjum. Jack przeszedł przez cała klasę patrząc na każda łaskę po drodze i usiadł przede mną. Koło Jerrego - mojego wroga, ktory uczy sie w dojo Bobiego Wasabiego podczas gdy ja chodzę do Czarnych Smoków. Martinez chodzi tam razem z nerdem - Miltonem i murzynkiem - Edim. To banda debili. Przez cała lekcje śmiali sie i zachowywali jak dawni przyjaciele. Wreszcie usłyszałam upragniony zadzwonek. Wybieglam na korytarz i poszłam do szafki wyjmując książki. Nikt inny jak Jack otworzył szafkę obok. Patrzyłam jak odchodzi w stronę klasy od biologi. Po drodze odrzucał i odpychała wszystkie laski, które przyklejaly sie do niego. Ale nie był inny niż wszyscy. Widziałam jak pożera je wzrokiem.
Lekcje minęły szybko. Trafiały do mnie góry liscikow od chłopaków i góry papierowych kulek od Franka. Po lekcjach podeszłam do niego.
- czesc Frank.
- o czesc Kim, Skorpion (moja ksywka z dojo). - uśmiechnął sie. - może pójdziemy na dyskotekę?
- frank... - przerzuciłam go przez ramie. - nawet o tym nie myśl. Puscilam go i wyszłam ze szkoły. Poszłam okrężną drogą, bo nie chciało mi sie wracać do domu. To banda alienow którzy w święta obrzucają sie jedzeniem i obelgami a na codzień plują sobie jadem w twarz. Tylko moj młodszy o 6 lat brat Benny jest ok. I kocha karate jak jego siostra. Weszłam do lasu. Nagle zobaczyłam 8 napakowanych dresów, którzy śmiali sie i bili jakiegoś chłopaka. Podeszłam do nich i rzuciłam torbę na ziemie. Obok 7 koleżków leżących na ziemi i wijacych sie z bólu.
- 15 na 1? Serio? - odezwalam sie ostrym tonem. Ich przewodca spojrzał na mnie. Dość długie blond włosy, wysoki i dobrze zbudowany. Znałam go.
- Kim... Co ty tutaj robisz? - zapytał przyciskając mnie do drzewa.
- mam zamiar skopał ci tyłek, kołku. - odpowiedziałam waląc go prosto w splot słoneczny. Chłopak złapał sie za bolące miejsce i spojrzał na mnie z pode łba.
- uciekaj, Kim - niski lekko zachrypniety głos wyrwał mnie z wściekłego transu. Spojrzałam w tamta stronę i zobaczyłam...

XXXXXX
Dzieki wszystkim, ktorzy to przeczytali. naszla mnie wena wiec napisalam. drugi rozdzial bedzie za chwile, ale ostrzegam, ze inne nie beda tak czesto. :D mam nadzieje ze sie podoba!! pisac komentarze!