Minęły 2 tygodnie od pobytu na torze. Od czasu do czasu pojawiam się tam z Jackiem, ale tylko 3 raz wygrałam. Nasze więzi są coraz mocniejsze, a Grace... szaleje za Jerrym.
Zwlekłam sie z łóżka i ubrałam w czerwone spodnie, szarą bluzkę Conversa i czarna kurtkę. Do tego szara czapka, kilka bransoletek i czarne trampki. Wyszłam z domu jak zwykle spotykając tam Jacka opartego o płot i ziewającego.
- hejak Jack.
- hej Kim...
- brzmisz jakbyś umierał.
- bo cała noc grałem w nową zabijanke.
- tak słyszałam, darles sie jakby cie ze skory obdzierali.
- bo tak wlasnie było.
Zrezygnowaliśmy z desek i podwiezlismy sie autobusem. Lekcje minęły całkiem szybko, tak jak trening w dojo Wasabiego, podczas którego Rudy odciągał Jerrego od pizzy... za nogę, Milton krzyczał twierdzenie Pitagorasa i rozwalał puchary, Edi rozmawiał z portfelem a Jack walczył z niedomykajaca sie szafka. W końcu walnął tak mocno, ze odpadła i juz nie było problemu. A pozniej niesamowicie i dziwnie szczęśliwy brozowo oki wbiegł we mnie i nawet sie nie zorientowałam kiedy pedzilam do domu na jego baranach.
- Jack!! Coś ty taki szczęśliwy?
- mam wrażenie ze stanie sie coś fajnego.
- a ja mam wrażenie ze stanie sie soc stresujacego... - od poczatku dnia coś mi mówiło ze coś sie stanie. Niezbyt przyjemnego. Jack podwiozl mnie pod same drzwi. Otworzyła je i zobaczyłam... ciotke. Zaciskając oczy odwróciłam sie.
- ratuj - zdążyłam wyszeptała do Jacka i zostałam wciagnieta do domu.
- Kimberly! Przyjechałam i dowiedziałam sie, ze twojej matki nie ma, ty spóźniłas sie na pierwszy dzien, ponad to opuściłas dojo Czarnych Smok, zaprzyjaźniliś sie z jakimś chorym skejtem i co najważniejsze ZROBIŁAŚ WAGARY Benkowi! - moja ciotka aż zrobiła sie czerwona.
- po pierwsze to nie Kimberly tylko Kim. Po drugie nie mam nic do wyjazdów rodziców. Po trzecie tak spóźniłam sie i jeszcze siedzialam w kozie. Po czwarte opuściłam dojo bo to banda oszustów i żałosnych wyrosnietych bobo. Po piąte jeśli jeszcze raz nazwiesz Jacka chorym skejtem nie ręczę za siebie, a wogole to raczej jeździ na motorze. A i jeszcze jedno - Ben to dziecko ma prawo mieć wagary!! - obrucilam sie na piecie i złapałam Bena za kaptur. Wyciągnęłam go do pokoju.
- słuchaj, młodszy bracie. Kto powiedział ciotce ze zrobiłam ci wagary? Kto powiedział ze poznałam skejta? Kto? Pomyślałam ze możesz wiedzieć...
- pseplasam siostra...
- co ja ci mówiłam na temat udawanego seplenienia? - pozostawałam nieugięta na słodkie oczka.
- ze to żałosne i próbuje w ten sposób zwrócić na siebie uwagę.
- dokładnie. Wybaczę ci ale mas tego wiecej nie robic, bo ja cie wyspie. A tak wogole to skąd wiesz, ze poznałam Jacka?
- jego młodsza siostra chodzi ze mną do klasy i mowi, ze Jack cały czas gra na gitarze i śpiewa o pewnej blondynce do której pała uczuciem takim jak mi...
- miarowo rosnący szacunek i przyjaźń. - odezwał sie głos z otwartych drzwi mojego balkonu.
- Jack?! - ze zdziwienia spadlam z łóżka.
- we własnej osobie.
- dobra młody, spadaj - zwróciłam sie do brata. Ben od razu wybiegł z sali przesłuchań.
- co sie stało, ze torturowałas brata?
- 60 lat, siostra babci, moher.
- wow. Współczuje.
- i co? Zdążyło sie coś fajnego zgodnie z twoimi przewidywaniami?
- tak. Mama powiedział mi, ze...
- Kimberly!! Jutro przyjdzie do nas cała rodzina Adamsow, ponieważ Melania Adams uwielbia grac ze mną w remika i rozmawiać! Tak bardzo sie cieszę!! Z kim rozmawiasz?! Tylko mi nie mów, ze z tym chorym skejtem, Jackiem!!! Proszę tu natychmiast zejść!!!!
- mówiłam ci juz coś, prawda?! Jeszcze raz tak o nim powiesz, a twoja walizka razem z tobą wyląduje przed domem, jasne? Wiesz ze jestem do tego zdolna! A co do drugiego to... - zamknęla drzwi na klucz - tyle w tym temacie. A i jeszcze jedno chory skejt to moj przyjaciel i nazywa sie Adams, Jack Adams, wiec może zaszczyci mnie jutro swoją obecnością, co Jack?!?
- JASNE!! - krzyknął. Przybyliśmy sobie piątki. Nagle na mojej twarzy wyładowała poduszka.
- a i o tym wlasnie chciałem ci powie... - nie zdążył dokończyć bo wylądował na nim puchowych pocisk. - o!! Nie ma tak!!
Zaczęła sie wojna na poduszki. Nagle usłyszałam chrzęst klucz w zamku.
- cholerne zapasowe klucze!! - w drzwiach pokazala sie moja ciotka a zaraz potem na jej wymake-upowanej twarzy pojawiły sie dwa jaski.
- trafiony zatopiony! Piateczka Jackus! - przybyliśmy piątki i zaczęliśmy sie histerycznie śmiać. Podeszłam do kobiety i wyrwalam jej klucz z ręki.
- no to teraz mam 2. I z tego co wiem to wszystkie. - ciotka cała czerwona na twarzy wyszła wyprostowaną jak grabie i trzasnęła drzwiami.
- zachowujesz sie jak rozwydzona nastolatka. - zasmial sie Jack.
- to tak jak ty. A poza tym to chyba dlatego mnie lubisz. A i JESTEM rozwydrzoną nastolatką!!
Śmialiśmy sie aż do 1 w nocy i oglądaliśmy "Straszny film 5". Około 1:30 Jack poszedł do domu. A ja padłam na twarz. Obudziłam sie około 13. Przetarlam zaspane oczy. Gdy je otworzyłam, zobaczyłam Bena.
- aaaaaa! Ile razy mam ci mowić ze masz zakaz wstępu do tego pokoju, młodszy bracie?!?
- oj duzo duzo. Za 2 godziny będzie tu Jack. No i reszta.
- o żesz ty! Racja. Dzieki, Benek.
- jeszcze raz tak do mnie powiesz, a Jack dowie sie, ze mamrotalas przez sen jego imie i gwarantuje miesięczne nazywanie cie Kimberly.
- jesteś straszny, Ben. Wiesz jak bardzo cie kocham?
- ciepłe naleśniki na dole.
- masz 8 lat i robisz naleśniki dla śpiącej siostry? Jesteś najlepszym bratem na świecie. Dzieki. Ale mógłbyś juz pójść?
- okej - słynący ze swojej energi, a wręcz ADHD, Ben Craford wybiegł prawie spotykając sie twarzą z drzwiami, podłoga i moją komoda. Zwleklam sie z łóżka i na czworaka podeszłam do szafy. A po drodze prawie walnelam sie na czerwony dywan i zasnęłam. Wyjęłam czarne shorty i kolorowa bluzkę z czacha i zeszłam na dół. Oczywiście nie obyło sie bez zrypania sie ze schodów i potknięciu na odkurzaczu. Nadal spokojna i niczym nie przejęta usiadłam do stołu. Moje jak zwykle kolorwe (każdy na inny kolor) paznokcie, w ostatniej chwili wbiły sie w stół. Wzięłam naleśniki i pochlanelam. Gdy wyszłam z toalety była juz 14. Zeszłam na dół zeby pozmywac. Zastałam ciotke, ktora latała jak osa i odkurzala, robiła obiad i wycierala kurze prawie jednocześnie.
- Amanda, przystopuj. - szybko pozwywalam i wyszłam z psem (czarny rotwailer). Gdy wróciłam było za 20. Cioteczka naskoczyla na mnie, ze jeszcze sie nie ubrałam.
- doskonale wiem, ze oni słyną z punktualności, ale to nie znaczy, ze ja tak. - odpowiedziałam wlekąc sie spowrotem na górę. Przebrałam się w krótką czarna spódniczkę, biały top z flagą amerykańską, czarne Nike i kilka bransoletek oraz czarna czapkę. Na szyi przewiesilam sobie słuchawki (ten wisiorek to potem). Zeszłam na dół.
- Kimberly!! Masz sie natychmiast przebrać! Już!! Co to wogole ma być?
- ubranie.
- według mnie, siostra wyglada stylowo.
- dzieki, brat.
- przebież sie!!!
Spowrotem zaatakowalam szafę i wyciągnęłam czarną poszarpaną sukienkę z gorsetem zamiast bluzki, czerwona chustke w czachy, czarny kapelusz, zegarek, pare ozdób, pomalowalam paznokcie i zeszłam na dół. Ciotka tylko zacisnela pięści.
- mojego stylu nie zmienisz. - skwitowałam i otworzyłam gościa drzwi. Rodzina Adamsow składała sie z wysokiej kobiety - Melani, dostojnego mężczyzny - Marcusa, adoptowanej dziewczyny - Caroline, Jacka i słodkiej 8-latki - Kate. Wzięłam ją na ręce i przytulilam Jacka.
- wygladasz... Pięknie. - wydukal.
- dzieki. Chodź. - złapałam go z rękę i wyciągnęłam do pokoju. Ben zabrał koleżankę, a ja rozlozylam sie na czerwonym dywanie. Jack włączył ps'a i zaczęliśmy grać. Jaka byłam zdziwiona gdy wygrałam.
- dałeś mi fory!
- nie prawda.
- kłamiesz.
- oj tam oj tam. - zaczęłam okładać go konsolą.
- ej! To boli! Ał ał ała! Kim!! Ałć ałć... - złapał mnie za nadgarstki i posadził sobie na kolanach. Spojrzałam na zegarek. 17:05. "Dzisiaj 19.09 a o moich urodzinach pamiętał tylko brat" pomyślałam smutno.
- coś sie stało?
- nie nic.
- kłamiesz.
- oj tam oj tam. - Jack torturował mnie łaskotkami, gdy nagle weszła jego siostra. Pierwsze co zobaczyłam to złota suknia.
- po pierwsze sie puka, Caroline. A po drugie to co chcesz?
- matka pyta czy zechcecie zjeść z nami obiad? - głos Caroline był wysoki i melodyjny. Wygladała jak plastikowa księżniczka. Miała tapetę na twarzy i zawsze ubierała sie w cekiny. Wygladała i zachowywała sie jakby nie zrezygnowała z marzenia typu "chce mieszkać w zamku i mieć rycerza na białym koniu". I była przesadnie kulturalna. Czyli przeciwieństwo Jacka i Kate. Spojrzałam na chłopaka. Przetarte jeansy, fioletowy t-shirt i koszula w biało-fioletową krate. Cały Jack.
- nie dzieki, zjemy sami.
- widzę, ze żadna siła nie potrafi wbić cie w garnitur, co? - zapytałam z uśmiechem gdy 16-latka wyszła.
- nie ma szans.
- i bardzo dobrze.
Po chwili zrobiła sie 22.
- moi rodzice zabalują jeszcze długo. - Jack zatrzymał film. Złapał mnie za rękę i skoczył z balkonu.
- Jack! Jestem na boso - na tą uwagę wziął mnie na ręce i wniósł do swojego domu, po schodach do swojego pokoju. Nagle zapaliło sie światło.
- wszystkiego najlepszego!! - cała paczka (Milton, Julia, Grace, Edi, Jerry) siedziała na podłodze z prezentami.
- dziękuje! - wtulilam sie mocniej w brązowowłosego. Staliśmy tak przez chwile. Nasi przyjaciele zajęli sie sobą i popcornem. Poczułam ciepłe usta Jacka na swoich. Serce przyspieszyło mi. Zrobiłam sie cała czerwona a w brzuchu miałam pełno motylkow. Nie zastanawiając sie oddałam pocałunek. Oderwalismy sie od siebie.
- nie było tego.
- nie, nie było. - potwierdziłam. - możesz mnie juz puścić.
- a, przepraszam. - odłożył mnie na podłogę. Ze spotkania Adamsow zrobiła przenieślismy sie na niezła imprezę. Do 2 w nocy tańczyliśmy. Był nawet alkohol. Jerry wypił go trochę zaduzo... Widziałam jak namiętnie całował sie z Grace, ktora była całkowicie trzeźwa, a najwidoczniej bardzo jej sie to spodobało. Od Adamsa dostałam złota bransoletkę i wisiorek z czacha ze skrzydłami. Padnieta zasnęłam na lozku koło Jacka. Reszta na podłodze i kanapie.
XXXXXX
sorry że długo nie pisałam ale mam trochę mało czasu. a;e rozdział przynajmniej dłuższy. :D mam nadzieje że isę nie obrazicie i że wam sie podoba. NARKA kochani!! :P