Wybieglam z domu wiąrzac trampka (Wygląd). Spojrzałam na zegarek. Była 7:55 a ja mam 15 minut na piechotę do szkoły!
- agrrr! Czy ja nawet pierwszego dnia po wakacjach muszę sie spóźniać?! - jeczalam do siebie. Gdy byłam juz na końcu ulicy zdałam sobie sprawę z czegoś bardzo... dziwnego, niefajnego i beznadziejnego. Otóż zapomniałam plecaka! Palnelam sie w czoło. - brawo, Kim. - pobiegłam do domu po torbę i wzięłam tez deskorolke. Rozpędziłam sie i czas do szkoły skrócił mi sie o 1/3. Gdy byłam juz za rogiem zeszłam z deski i podnioslam ja. Poczułam czyjaś rękę na... tyłku. "Nie ma to jak uroki czarnych dzielnic" - pomyślałam. Odwrocilam sie i przerzuciłam gościa przez ramie.
- uważaj z kim zadzierasz! - warknelam i wbieglam do szkoły. Mimo ze moja mina była jakby wykuta w skale a ton spokojny i opanowany, bałam sie takich rzeczy jak niczego innego. Uspokoilam galopujące serce i pobiegłam do szafki. Wyjęłam książki do matmy i znalazłam klasę.
- przez tego zboczeńca mam 15 minut spóźnienia - jeknęła mi weszłam do klasy.
- Kimberly Craford!! Koza! - wydarła sie wysoka brunetka. Na dźwięk swojej tożsamości zacisnelam pięść.
- mówiłam ze lepiej nie mowić do mnie pełnym imieniem, Amber. - taka juz jestem. Na zewnątrz wysoka, zgrabna blondynka o piwnych oczach, a w środku siedzi ostra, zimna i bezpośrednia no i trochę dziwna dziewczyna ktora uprawia karate, jeździ na desce, motorze i nie pogardzi dobrą bójka. W dodatku klucz do mojego serca zdobyli do tej pory tylko mój pies i kumpel z podstawówki ktory był takim łajdakiem ze klucz złamał sie w zamku. Trzask! Drzwi otworzyły sie i wszedł we mnie wysoki (na oko 190cm), brazowowlosy chłopak. Tak zaspany ze nie zauważył dziewczyny w drzwiach. Odwrocilam sie do niego z błyskiem w oku...
- sory lala, ale nie dzieki mam ćwiczenia po lekcjach. Ale chętnie umownie sie na środę. - powiedział puszczając do mnie oko. Złapałam go za koszulkę i rzucilam nim o ścianę.
- chciałam sie przedstawić spoznialskiemu bo razem posiedzimy w kozie, a nie sie umówić, kołku. Ale jak tam bardzo chcesz to moge zrobic ta litość i pójść z tobą po kozie na falafele. - kluz kluczem, ale wytrych tez dobra rzecz. - jestem Kim. - chłopak wstał otrzepujac pył ze spodni i wieszajac spowrotem zdjęcie.
- chyba mi sie należy po tym godnym podziwu rzucie.
- no może. - usiadłam w ławce i przyjzalam sie mu dokładniej. Po obu stronach nosa miał po 2 pieprzyki. Nie ukrywam to... słodkie. Duże czekoladowe oczy hibernowaly pewnie wszystkie dziewczyny. No oprócz mnie. Chociaż nie powiem, ze pewnie gdyby ten chłopak przygwozdzilby mnie do ściany, to patrząc w te oczy nie mogłabym skłamać co i tak nie wychodzi mi najlepiej.
- CISZA!! Adams! Jack Adams! Jesteś pierwszy dzien w tej szkole a spóźniasz sie juz na pierwsza lekcje i rozwawiasz sobie z najbardziej bezczelna i niereformowalna uczennica w szkole! Gdzie twoje maniery?!
- a przepraszam, AMBER! - to jej imie - ale chyba zapomniałem ich z domu. Jak chcesz to moge po nie pójść i wrócić pozniej. O! Np na następna lekcje, chyba ze mamy ja z panią to wtedy przepraszam ale chyba pójdę okrężną droga. - wszystkie dziewczyny westchnely a chłopaka patrzyli na niego jak na równego sobie. Z zażenowania walnelam głowa o biurko. Juz wiem dlaczego go nie poznałam. Był nowy. To ten nowy ktory przeprowadził sie zza granicy i o ktorym była mowa juz pod koniec tamtego roku. A jak o tym wspominam to jestem w drugiej klasie gimnazjum. Jack przeszedł przez cała klasę patrząc na każda łaskę po drodze i usiadł przede mną. Koło Jerrego - mojego wroga, ktory uczy sie w dojo Bobiego Wasabiego podczas gdy ja chodzę do Czarnych Smoków. Martinez chodzi tam razem z nerdem - Miltonem i murzynkiem - Edim. To banda debili. Przez cała lekcje śmiali sie i zachowywali jak dawni przyjaciele. Wreszcie usłyszałam upragniony zadzwonek. Wybieglam na korytarz i poszłam do szafki wyjmując książki. Nikt inny jak Jack otworzył szafkę obok. Patrzyłam jak odchodzi w stronę klasy od biologi. Po drodze odrzucał i odpychała wszystkie laski, które przyklejaly sie do niego. Ale nie był inny niż wszyscy. Widziałam jak pożera je wzrokiem.
Lekcje minęły szybko. Trafiały do mnie góry liscikow od chłopaków i góry papierowych kulek od Franka. Po lekcjach podeszłam do niego.
- czesc Frank.
- o czesc Kim, Skorpion (moja ksywka z dojo). - uśmiechnął sie. - może pójdziemy na dyskotekę?
- frank... - przerzuciłam go przez ramie. - nawet o tym nie myśl. Puscilam go i wyszłam ze szkoły. Poszłam okrężną drogą, bo nie chciało mi sie wracać do domu. To banda alienow którzy w święta obrzucają sie jedzeniem i obelgami a na codzień plują sobie jadem w twarz. Tylko moj młodszy o 6 lat brat Benny jest ok. I kocha karate jak jego siostra. Weszłam do lasu. Nagle zobaczyłam 8 napakowanych dresów, którzy śmiali sie i bili jakiegoś chłopaka. Podeszłam do nich i rzuciłam torbę na ziemie. Obok 7 koleżków leżących na ziemi i wijacych sie z bólu.
- 15 na 1? Serio? - odezwalam sie ostrym tonem. Ich przewodca spojrzał na mnie. Dość długie blond włosy, wysoki i dobrze zbudowany. Znałam go.
- Kim... Co ty tutaj robisz? - zapytał przyciskając mnie do drzewa.
- mam zamiar skopał ci tyłek, kołku. - odpowiedziałam waląc go prosto w splot słoneczny. Chłopak złapał sie za bolące miejsce i spojrzał na mnie z pode łba.
- uciekaj, Kim - niski lekko zachrypniety głos wyrwał mnie z wściekłego transu. Spojrzałam w tamta stronę i zobaczyłam...
XXXXXX
Dzieki wszystkim, ktorzy to przeczytali. naszla mnie wena wiec napisalam. drugi rozdzial bedzie za chwile, ale ostrzegam, ze inne nie beda tak czesto. :D mam nadzieje ze sie podoba!! pisac komentarze!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz