... Jacka leżącego na trawie i plującego krwią. Coś się we mnie zagotowało. Coś popchnęło mnie i spowodowało ze przekroczyłam granice cierpliwości. Spojrzałam na blondyna który odzyskał już gotowość i podeszłam do niego.
- już nie żyjesz, Kai. - przerzuciłam go przez ramie i przycisnęłam do ziemi. Chłopak pociągnął mnie do siebie. Może i był dobry i miał czarny pas karate 2 stopnia, ale mnie w transie jeszcze nikt nie pokonał. Sprzedałam mu parę silnych ciosów i wylądował na drzewie. Tupnęłam noga i inni odbiegli zabierając swoich kolesi. Spojrzałam na Jacka. Popatrzył mi w oczy i zemdlał Podniosłam go i zaniosłam pod sklep spożywczy. Stał koło niego mój motor. Wyjęłam pasek ze spodni i przypisał nim chłopaka do siebie. Po kilku minutach byłam w pokoju i opatrywałam go. Miał złamany nos i rękę. Jako ze moja mama pracuje w szpitalu, wiem coś o bandarzowaniu. A nawet zagipsowałam mu rękę.
- mamo, mamo ja nie chce, jeszcze chwile. - wymruczał a ja ryknęłam śmiechem. Chłopak wstał jak oparzony.
- co? Co się dzieje?! - to doprowadziło mnie do jeszcze większego śmiechu. Powoli uspokoiłam się. Jack patrzył na mnie jak na wariatkę, z resztą kto by się dziwił. Podniosłam się z podłogi i usiadłam na łóżku koło niego.
- pamiętasz coś? - zapytałam już uspokojona.
- pamiętam Kaia i ból. A później ktoś mnie uratował. Niezły był. Sprzedał blondynkowi niezły łomot no i później film mi się urwał.
- no to tym kimś byłam ja. Później cie przywiozłam tu, znaczy się do mojego domu, opatrzyłam i możesz wracać jak chcesz. Ale mieliśmy iść na falafele po kozie...
- ty?! To ty umiesz się bić?
- widziałeś.
- okej... A nie chodzisz do dojo?
- chodzę. Do Czarnych Smoków.
- aha. Ja miałem się zapisać do dojo Bobiego Wasabiego.
- to totalne dno i porażka.
- ej! Bez przesady. Poznałem już członków. Spoko goście.
- a w szczególności Jerry, który zapomina jak się nazywa, jest z Hiszpanii a dostaje z tego przedmiotu same pały i przykleja deski klozetowe do tyłków nauczycieli.
- no przecież mówię ze spoko gość. A z reszta ty grzeczna tez nie jesteś co?
- nie sądzę. Raczej nie. A nawet na pewno - mrugnął do mnie. Całkiem on przystojny... przystojny... bardzo przystojny... mega przystojny!!! Nie, Kim, ogarnij się Wydech i wydech. To będzie tylko twój przyjaciel.
- a tak swoją droga to jesteś pierwsza dziewczyna która wiedząc ze siedzę na jej łóżku jeszcze się na mnie nie rzuciła. A na falafele i coś jeszcze zapraszam jutro. - powiedział i wyskoczył przez okno. Westchnęłam i poszłam pod prysznic. Przebrałam się w piżamę i poszłam spać. Zasnęłam ot tak jak tylko się położyłam. Zawsze tak mam. Niestety coś, a raczej ktoś przeszkodził mi około 3 nad ranem. Zdenerwowana wyszłam na balkon i popatrzyłam na dom obok. Na trasie jakiś chłopak grał na gitarze i śpiewał. Dopiero teraz gdy zimny wiatr rozbudził mnie, zdałam sobie sprawę jak ładnie to brzmi. Grał Californication. Moja ulubiona piosenka. Założyłam bluzę i przeskoczyłam przez balkon i przez płot żeby znaleźć się koło chłopaka.
- ładnie grasz, Jack. - chłopak podskoczył jak oparzony.
- Kim?!
- we własnej osobie.
- obudziłem cie?
- można tak powiedzieć Ale to co grasz jest moja ulubiona piosenka, wiec już ci wybaczyłam i postanowiłam, ze nie wyrwę ci nóżek.
- dzięki jeszcze mi się przydadzą. - zaśmialiśmy się. Z doświadczenia wiem ze jeśli coś mnie obudzi pewnie już więcej nie zasnę. Niestety...
- będę ci przeszkadzać? - zapytałam.
- nie skąd. Zawsze lepiej w towarzystwie - puścił do mnie oczko. Przez całe 2 godziny on grał a ja śpiewałam i uczył mnie grać na gitarze. Dawno się tak nie wyśmiałam Aż łzy mi leciały. Około 6 na ranem usłyszałam że Bella - moja 'służąca' a raczej coś jak babcia, krząta się po domu.
- to ja spadam. - pocałowałam go w policzek i wskoczyłam na balkon. Nie wiem jak to zrobiłam ale widocznie nadmiar emocji pozwolił mi na godzinna drzemkę.
- Kim! Kim kochana! Wstawaj! Twoi rodzice wyjechali w delegacje na 2 miesiące! I kazali mi przekazać ze dają mi urlop na miesiąc! Opiekun się Benkiem!
- dobrze Bello!
- Śniadanie na stole już czeka! Jest 20 po 7!
Szybko wstałam i wzięłam prysznic. Ubrałam się w długie spodnie w czerwoną kratę biała bluzkę przykrótką z czarnym napisem 23, czarno-biała bejsbolówkę i długie glany zapinane na klamry. Do tego czarna czapkę i rękawiczki bez palców. Wzięłam jeszcze torbę i pognałam do kuchni. Złapałam deskorolkę, gofra i słuchawki i wybiegłam z domu. Po czym wróciłam szybko.
- Ben!!
- co?
- masz dzisiaj wagary!
- kocham cie siostra!!
- wiem. - była 7:50.
- znowu się spóźnię!
Ponownie wybiegłam z domu i wpadłam na skejta.
- przepraszam, ja... Jack!
- o chejka Kim. Ładnie wyglądasz. Jedziemy razem? - zapytał wyciągając do mnie rękę.
- hej. Dzięki. Pewnie ze tak. - podniosłam się łapiąc za pomocna dłoń i pojechaliśmy.
- niezła jesteś.
- jeździło się tu i tam - uśmiechnęłam się. - ale widzę ze z tobą nie mogę się równać.
- się wie. - zaśmiałam się tylko i podniosłam deskę. Wyjątkowo nie chciało mi się iść na lekcje, ale jak trzeba to trzeba. Weszłam do budy. Było piec minut po dzwonku. Spokojnie i bez pośpiechu otworzyłam szafkę i wygrzebałam książki od matmy. Weszłam do klasy.
- A co tym razem panno Craford?! Koza!
- dzisiaj niech sobie pani wyobrazi wyjechali moi rodzice, zrobiłam wagary mojemu bratu i jechałam na desce do szkoły z zajebiście przystojnym chłopakiem i wypadła mi praca domowa, chciałam ja zrobić jeszcze raz, ale nie mogłam oderwać wzroku od chłopaka który akurat jechał rowerem, wiec sorka Amber ale nie mam pracy domowej.
- TY BEZCZELNY SMARKU! Naucz się szacunku! Kimberly, 2 godziny kozy! - krzyczała podczas gdy cała klasa zwijała się ze śmiechu.
- zapraszam do klubu Jerrego, laska! - zagwizdał Jerry.
- dzięki Martinez, ale chyba sobie odpuszczę mam dzisiaj sparing z Frankiem i muszę mu dokopać. - uśmiechnęłam się kpiąco. Nie zdążyłam usiąść, bo ktoś na mnie wpadł. Nikt inny jak oczywiście Jack.
- Jack, czy ty jesteś ślepy? Już drugi raz na mnie wpadłeś w drzwiach.
- sorki. Ale czy ty nie mogłabyś po prostu usiąść a nie stoisz w tych drzwiach jak głupia.
- jak co? - mój ton z żartobliwego stał się ostry i wyzywający. Wprost nie nienawidzę jak ktoś mówi do mnie głupia.
- jak g...
- nie, stary!!! Wiem ze ćwiczysz karate, ale ona jest istnym potworem! Przymknij się albo zginiemy! - Jerry piszczał jak mała dziewczynka i schował się pod stół.
- jak garnek. Znaczy się ładna jesteś, wiesz i w ogóle. To może ja już usiądę - Jack uśmiechnął się do mnie i padł do biurka.
- Adams koza!
- niestety proszę pani, mam pierwszy trening w dojo.
- nic mnie to nie obchodzi.
- to tak jak mnie ta cała koza.
- Adams... - w tej chwili do klasy wszedł wicedyrektor. I wpadł na Kim która własnie miała usiąść.
- Kimberly! Dlaczego stoisz w drzwiach jak jakaś głu...
- nich się pan uspokoi, ona własnie siada... Prawda Kimi? - Jack złapał mnie w tali i posadził na krześle obok siebie. - ale serio jak wchodzisz do klasy to siadaj od razu, kołku - powiedział przedrzeźniając mój głos.
- oj przymknij się, Jack!
Wicedyrek pogadać z Amber i wyszedł. Lekcja szybko się skończyła. Oczywiście cała przegadałam z Jackiem. Na przerwie na lunch spotkałam moja przyjaciółkę - Grace Carls.
- Kim!! Kim, złotowłosa - usłyszałam krzyk nad uchem. Na początku nie poznałam wysokiej brunetki ubranej w luźna biała bluzkę i czarne spodnie 3/4.
- Grace?
- no wow. Wreszcie! Mogłabyś mi powiedzieć co robiłaś w nocy?
- jak to co? Spałam.
- ah tak? To czemu teraz przysypiasz na tym czymś co podobno jest jedzeniem?
- no bo... - nie chciałam jej mówić o tym co wczoraj robiłam. - to bardzo nie twoja sprawa - wydusiłam wreszcie.
- owszem moja.
- już dobra dobra. O 3 w nocy obudziły mnie dźwięki gitary i okazało się ze niejaki Jack Adams mieszka koło mnie. Poszłam do niego, bo chciałam go przekonać ze jest 3 w nocy i ze należy spać, ale on grał Californication. Wiec dołączyłam do niego i śpiewaliśmy i uczył mnie grac. Koniec historii!
- wiec spędziłaś tak 4 godziny?
- nie tylko 3.
- okej... A jaki on jest? Słyszałam ze to ten który przeprowadził się zza granicy i chodzi z tobą do klasy.
- no wiec jest przystojny i miły no i wiesz taki 'niegrzeczny'.
- kto jest przystojny, miły i niegrzeczny?! - spytał znajomy głos. Poczułam ciepły oddech na policzku a brązowe włosy połaskotały mnie po szyi. Pachniał wanilią.
- mój .. Kolega. Tak własnie kolega Jack, kolega. - odwróciłam się i zetknęliśmy się nosami. Położyłam mu dłoń na twarzy i odsunęłam.
- za blisko.
- wiec to ty? Jack Adams? - Grace wypatrywała się w niego jak w obrazek.
- Grace? To łajdak. Casanova i podrywacz. Umówił się w dwa dni z połowa dziewczyn z naszej szkoły.
- z 2/3. To nie było miłe - Jack udał że się obraża.
- no sorka Jackus. Tylko jakbyś zrobił to z Grace, to był cie uszkodziła.
- spokojnie Kim. Ja mam już jednego na celowniku. - wyrwało się Grace.
- serio?! Opowiadaj! - ale w tym momencie zadzwonił dzwonek.
- to pa, Kim! - zawołał i pobiegła w swoją stronę. Żałuje ze nie chodzimy do jednej klasy. W tym czasie Jack dalej stał 'obrażony'.
- spóźnisz się na lekcje, kołku.
-...
- no trudno. Teraz jest wf. Ale co tam, ze będziesz mógł się pokazać dziewczyną w obcisłej białej koszulce która pokaże twoje mięśnie... Trudno ze będziesz mógł zostać kapitanem drużyny koszykówki... - chłopak spojrzał na mnie z ukosa.
- nie działa.
- jak będziesz tam przede mną to dam ci kolejnego buziaka w policzek i zgodzę się na to 'coś jeszcze' po falafelach. - mówiąc to puściłam się biegiem do sali gimnastycznej. Niedługo oczekiwałam na Jacka który prawie od razu mnie wyprzedził. Przeklęłam w duchu. Gdy dobiegały do sali, Jack był już przebrany i czekał na mnie z rekami założonymi na piersi. Na mój widok uśmiechnął się z satysfakcja.
- grrr... - pocałowałam go w policzek i weszłam do szatni. W mojej klasie były same plastiki które wypychały sobie staniki. Nie był to przyjemny widok wiec wyszłam szybko. Nauczyciel dał nam dzisiaj wolne wiec wszystkie dziewczyny oprócz mnie i Juli (taka kujonica) ćwiczyły układy cheerleaderek Jula siedziała na ławce i pisała esemesy, a ja grałam w koszykówkę. Wyskoczyłam i złapałam się kosza. Gdy zeskakiwałam ktoś złapał mnie w tali.
- Jack...
- mówiłaś ze będę mógł zostać kapitanem drużyny koszykarskiej. - uśmiechnął się odstawiając mnie.
- sorry, kołku, ale nie oddam ci tego miejsca bez walki. - na twarzy chłopaka pojawił się grymas zdziwienia.
- ty?
- no.
- okej. Powalczymy sobie na następnym wf-ie, a teraz chodź, zagramy w piłkę z chłopakami.
- dobra.
Po wf-ie poszłam się przebrać i do dojo. Pokonałam Franka, ale ten złapał kij od szczotki i zaczął mnie okładać. Złamałam go i powaliłam Franka na ziemie.
Ale palce bolały niemiłosiernie.
- Ty. (czyt: tai - imię mojego trenera) Posłuchaj. Nie chce ćwiczyć z takimi oszustami. Odchodzę. - rzuciłam mu kimono pod stopy i wyszłam. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę co zrobiłam. Chciałam wrócić, ale coś mówiło mi ze zrobiłam dobrze. Postanowiłam pójść po Jacka. Phil Fala Fel był akurat przed dojo Bobiego. Postanowiłam, ze nie rzucę karate. Poszłam do dojo i rozejrzałam się. Jack akurat wyszedł z przebieralni.
- Kim?!?! Co ty tutaj robisz? Tu nie wolno wchodzić Smokom! - krzyknął Jerry.
- wiem. Przyszłam bo chce się do was zapisać.
- Rudy jest w gabinecie. - powiedział Jack. Już po chwili byłam członkinią dojo Bobiego Wasabiego.
XXXXX
Sorka za błędy, ale pisałam na telefonie :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz